Wstęp
Kaktusy znane są obecnie na całym świecie, ale ich ojczyzną, skąd powędrowały do wszystkich części naszego globu, jest Ameryka. Na olbrzymich obszarach kontynentów amerykańskich od Kanady na północy, poprzez liczne stany USA, kaktusowy raj w Meksyku, przez kraje latynoamerykańskie, aż po Ziemię Ognistą na południu — wszędzie można spotkać te rośliny.
Nic więc też dziwnego, że skoro w ostatniej dekadzie piętnastego stulecia żagle kolumbowe załopotały u wybrzeży Ameryki, zwykłą losów koleją, wśród różnych skarbów i dziwów Nowego Świata musiały trafić do Europy również kaktusy. Już podobno sam admirał-od-krywca wśród różnych wzorców ciekawostek przywiezionych z Ameryki, ofiarował hiszpańskiej parze królewskiej także kaktusy. Podobno były to melokaktusy, zwane przez kolumbowych marynarzy kolczastymi żagwiami, ze względu na płomieniste cefalia, jakie posiada ten rodzaj kaktusów. Melokaktusy rosnące na przybrzeżnych wyspach i wzdłuż wybrzeży amerykańskich budziły zrozumiałe zainteresowanie i podziw, jako że jeszcze nigdy oczy Europejczyków nie oglądały takich dziwów.
Jednak rośliny te nie chciały się aklimatyzować w starej Europie, co nie jest dziwne: w owym czasie długotrwały transport morski, nieznajomość wymogów uprawowych i nieodpowiednie warunki klimatyczne, na jakie trafiły wrażliwe melokaktusy w nowym miejscu — nie sprzyjały aklimatyzacji. Nawet obecnie doświadczonym kolekcjonerom kaktusów sprawiają one w uprawie duże trudności. Bardzo chętnie natomiast
zadomowiła się na Półwyspie Iberyjskim opuncja. Sprowadzony dla smacznych owoców gatunek Opuntia fi-cus-indica przyjął się rychło na gruncie hiszpańskim. Później trafiły tu również inne sukulenty, m.in. agawy, i dzisiaj stanowią one często spotykany element krajobrazowy wybrzeży basenu śródziemnomorskiego.
Wiek XVI i następne stulecia były widownią coraz liczniejszych wypraw do nowo odkrytych lądów. Przede wszystkim ruszyły zastępy hiszpańskich konkwistadorów. Nie po kaktusy jednak płynęły ich okręty, lecz po inne skarby — złoto, srebro i inne bogactwa tubylców. Mimo wszystko, coraz więcej nowych roślin, a wśród nich również kaktusów, przybywało do Europy. Głównych motywów zbierania roślin w owym czasie należy dopatrywać się w poszukiwaniu nowych środków ziołołeczniczych. Już w 1570 roku w ogrodzie londyńskiego aptekarza Morgana uprawiane były co najmniej trzy gatunki kaktusów. Trafiały one również na dwory książęcych i królewskich rodzin, dla uświetnienia kwietników w wytwornych parkach oraz do ogrodów klasztornych.
W wieku XVIII narodziła się zupełnie inna inspiracja — ciekawość naukowa. Niektórzy nazywają ten okres złotym wiekiem botaniki, ponieważ wtedy właśnie uczyniono olbrzymi krok naprzód na drodze klasyfikacji i systematycznego kolekcjonowania roślin. Na ten okres przypada działalność wielkiego uczonego szwedzkiego Karola Linneusza (1707—1778), który stworzył podstawy naukowej systematyki i wprowadził system binominalnego (podwójnego) nazewnictwa. Pisząc swoje dzieła botaniczne, w których wymieniał około 10 tysięcy gatunków roślin, Linneusz znał już, opisał i nazwał 22 gatunki kaktusów, które zaliczył do jednego rodzaju: Cactus. Linneuszowi kaktusy zawdzięczają swoją nazwę, bowiem to on po raz pierwszy zastosował ten termin, wprowadzając zlatynizowaną nazwę Cactus od słowa kaktos, jakim w dawnej Helladzie określano kolczastą roślinę — oset.
W wieku XIX i w naszym stuleciu na podbój królestwa flory ruszyli łowcy roślin. Specjalne wyprawy botaniczne eksplorowały najbardziej nawet niedostępne regiony różnych kontynentów w celu zdobycia nowych nieznanych jeszcze roślin. Wśród tych poszukiwaczy i zbieraczy roślin dużą grupę stanowili ci, których zafascynowały kaktusy. Poza pasją poznawczą zbieraczy roślin, kierowały nimi również inne względy. Zajęcie to okazało się dla wielu łowców roślin bardzo intratnym przedsięwzięciem. Wręcz anegdotycznie brzmią podawane przez różnych autorów prac botanicznych przykłady uzyskiwania bajońskich sum np. za cebulki nieznanych odmian tulipanów, albo że w przypadku kaktusów — jeszcze w roku 1840 za importowany Ario-carpus kotschoubeyanus płacono więcej, niż wynosiłaby jego wartość, gdyby był ze szczerego złota.
Kaktusy w swojej inwazji na inne kontynenty nie ograniczyły się tylko do starej Europy, lecz trafiły do wszystkich części naszego globu.
Znana jest również wręcz anegdotyczna, gdyby nie to, że przeraźliwie prawdziwa, historia opuncji w Australii. Przywieziona tam przez farmerów australijskich w 1839 roku miała pełnić pożyteczną funkcję materiału żywopłotowego na ' ogrodzenia posiadłości. Wkrótce jednak stała się wielką plagą Australii. Opun-cje tak sobie upodobały ojczyznę kangurów, że błyskawicznie rozprzestrzeniły się na olbrzymich obszarach Queenslandu, zajmując coraz tp nowe tereny i zagrażając polom uprawnym i pastwiskom farmerów australijskich. Jeśli w 1882 roku oficjalny raport rządowej komisji do zwalczania opuncji wykazywał jako zagrożony obszar 5000 akrów, tj. około 2 tys. hektarów, to już w roku 1921 zajęte przez rozkrzewione opuncje tereny wynosiły 2 miliony akrów, tj. ponad 800 tys. hektarów, a w 1924 roku zagarnęły powierzchnię 7,6 miliona akrów, tj. ponad 3 miliony hektarów. Realne stało się niebezpieczeństwo, że ta diabelska roślina zagarnie dalsze tereny uprawne. Zmobilizowano wszystkie siły do zwalczania plagi, lecz wszelkie wysiłki ludzkie łącznie z zastosowaniem środków chemicznych okazały się bezowocne. Wezwano zatem w sukurs naturę przeciwko naturze. Sprowadzono mianowicie z Ameryki szkodnika o dźwięcznej nazwie Cactoblastis cactorum, którego gąsienice żerują na opuncjach. Wielkim nakładem pracy i żmudnych wysiłków wyprodukowano miliony jaj tego szkodnika i poczęstowano nimi opuncje. Efekt okazał się znakomity. Pracowite i żarłoczne gąsienice zniszczyły olbrzymie połacie opuncjowych zarośli, które zdążyły się już rozrosnąć do niewiarygodnych wręcz rozmiarów. Wdzięczni Australijczycy wystawili gąsienicy Cactoblastis cactorum pomnik-mauzoleum, umieszczając na jego frontonie wizerunek żarłoka na tle kwiatu opuncji. Zadziwiający jest fakt. że te same gąsienice żerujące na opuncjach w Ameryce nie powodują takiego spustoszenia, jakie było ich dziełem w Australii. Wydaje się, że zarówno inwazja opuncji w Australii, jak też późniejszy ich pogrom przez gąsienice były wynikiem naruszenia przez człowieka równowagi w przyrodzie. Potrafimy bowiem dostrzegać poszczególne zjawiska w naturze, nie zawsze natomiast dostrzegamy i rozumiemy współzależność tych zjawisk.
Ale triumfalny pochód zwycięskiej opuncji nie ustawał. Podobne perypetie jak w Australii, zanotowano w naszym stuleciu w Południowej Afryce, kiedy to opuncje zagarnęły w swoje posiadanie setki tysięcy hektarów, a przy ich zwalczaniu zastosowano znowu niezastąpione gąsienice Cactoblastis cactorum. Dwustu robotników było stale zatrudnionych w okresie kampanii przy rozdziale i segregacji jaj, których jak się oblicza, rozprowadzono ponad 3 biliony.
Jeszcze jeden kaktus w swej nowej ojczyźnie okazał się zaborczy i niebezpieczny. Już po opanowaniu plagi opuncji w Australii, na obszarze północnego Queens-landu rozpanoszył się Eriocereus martinii, sprowadzony tam dla jego pięknych dużych kwiatów. Tenże eriocereus płożąc się, szybko opanował tysiące hektarów gruntów. Alarm dla Australii trwał! Gąsienice Cactoblastis nie były przydatne do zwalczania eriocereusów. Trzeba było walczyć z nową plagą mechanicznie, wygrzebując rośliny z korzeniami i spalając pędy. Inwazja kaktusów została, co prawda z wielkim trudem, opanowana.
Ale nie tylko kłopotów przysparzały kaktusy człowiekowi. Nieporównanie więcej przyjemności i zadowolenia dają te rośliny ich miłośnikom, zarówno kolekcjo-nerom-amatorom, jak też zbieraczom-profesjonalistom. Na całym świecie, od Ameryki po Europę, od dalekiej Japonii po Australię — niezliczone rzesze amatorów kaktusów kolekcjonują te rośliny dla ich niecodziennego piękna, różnorodnych kształtów, barwnych cierni i wspaniałych kwiatów. W wielu krajach powstały towarzystwa miłośników kaktusów, zrzeszające hodowców amatorów i zawodowców. Liczne zakłady ogrodnicze specjalizują się w uprawie tych roślin, powstały nawet olbrzymie placówki hodowlane, zwłaszcza w krajach zachodniej Europy, w Japonii i Ameryce, produkujące wielkie ilości kaktusów, często sięgające milionów sztuk rocznie.
Tradycje kaktofilskie są również w Polsce dość bogate. Już w 1882 roku powstała pierwsza polska książka o kaktusach pt. „Rodzina Kaktusów", której autorem był warszawski drukarz Józef Berger. W okresie międzywojennym istniało Towarzystwo Przyjaciół Kaktusów, wydające od 1935 roku miesięcznik „Świat Kaktusów". Zahamowany przez drugą wojnę światową ruch kaktofilski w Polsce przeżywa obecnie swój renesans, a powołane ponownie do życia Polskie Towarzystwo Miłośników Kaktusów mające siedzibę w Łodzi, posiada swoje oddziały w większości miast wojewódzkich.